|
Ks. Franciszek Graszyński [Ks. Franciszek o sobie] [Testament ks. Franciszka] [Wspomnienia wiernych] [Wspomnienia wiernych 2] |
|
...urodziłem się dnia 29 stycznia 1923 r. w Poznaniu, Ojciec Roman dr praw, matka Izabela z d. Jankowska nauczycielka muzyki. Rodzeństwa nie miałem.
W rodzinie ojca brat był kapłanem (ks. Alfons Grzszyński długoletni proboszcz w Gościeszynie, a siostra zakonnicą u S.S. Boromeuszek). Szkołę podstawową i gimnazjum ukończyłem w Poznaniu (gimnazjum im. Adama Mickiewicza, gdzie dyrektorem był ks. Czesław Piotrowski). Okres wojny zastał mnie w Poznaniu. W pierwszych miesiącach okupacji pracowałem w księgarni, w Poznaniu, biorąc jednocześnie udział w tajnej, podziemnej organizacji. W marcu 1940 r. zostałem wraz z rodzicami wysiedlony przez okupanta do Generalnej Guberni, gdzie zamieszkaliśmy w Łańcucie w domu zakonnym S.S. Boromeuszek, gdzie przebywała ojca siostra. Tam, też spędziłem dalsze lata okupacji, pracując jako robotnik ogrodniczy w zakładach ogrodniczych hr. Alfreda Potockiego. Jednocześnie kontynuowałem przerwane przez wojnę studia w tajnym nauczaniu przerabiając 2 klasy licealne. W r. 1945 zdałem egzamin dojrzałości przed tajną komisją. Po wkroczeniu w r. 1944 armii radzieckiej zgłosiłem się do Seminarium Duchownego w Przemyślu gdzie zostałem przyjęty na I rok studiów filozoficzni-teologicznych. W r. 1945 po zakończeniu działań wojennych przeniosłem się na drugi rok studiów do Gniezna, po czym do Poznania. Święcenia kapłańskie przyjąłem z rąk Ks. Arcybiskupa Dymka dnia 11 czerwca 1949 roku. 2 czerwca tegoż roku nagle umarł mój ojciec.
Placówkami mojej pracy duszpasterskiej były kolejno wikariaty:
- Opalenica 1949 - 1951
- Czarnków 1951 - 1951
- Gostyń 1951 - 1956
- Pozna Fara 1956 - 1959
Pierwszą samodzielną placówką był Rąbiń 1959 - 1981.
Z dniem 15 września 1981 zostałem przeniesiony do Krzywinia, gdzie przez 10 lat piastowałem urząd dziekana dekanatu krzywińskiego. Z dniem 1 lipca 1992 r. na własną prośbę zostałem przeniesiony w stan spoczynku i zamieszkałem w Jerce w budynku starego probostwa.
[...]
Kochani, bliscy memu sercu wierni !
Kiedy usłyszycie te słowa, nie moje usta będą je wypowiadały, gdyż nie będzie mnie już wśród żyjących. Będę na sądzie Bożym - osądzony przez sprawiedliwego Sędziego. Jak ten włodarz ewangeliczny będę zdawał sprawę z włodarstwa swego - z mojej kapłańskiej pracy. Pracowałem z woli Bożej wśród was jak tylko umiałem. Zdaję sobie sprawę z moich słabości, gdyż będąc kapłanem, byłem przecież "z ludzi wzięty", podległy ludzkim ułomnościom. Nie żywiłem do nikogo nienawiści w sercu. Wszystkich was kochałem, jak ojciec kocha swoje dzieci. Pragnąłem wam nieba przychylić i do tronu Bożego przyprowadzić. Modliłem się za was do Boga każdego dnia. Najwięcej leżała mi na sercu sprawa wzajemnej miłości: "po tym poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jedni ku drugim". Najwięcej bólu sprawiała mi nienawiść, gniew, niezgoda. Stąd życzeniem moim jest, aby nad moją mogiłą zamiast kwiatów, wieńców i łez wyciągały się do zgody ręce tych, wśród których panuje jeszcze nienawiść. Na płycie nagrobnej polecam umieścić napis:
Niech on Będzie dalszym ciągiem mego przepowiadania i gorącego pragnienia, jakie względem was żywiłem.
Jeśli względem kogokolwiek zawiniłem na skutek ludzkiej słabości pokornie proszę o przebaczenie. Wszystkich was proszę: pamiętajcie o mnie w codziennych modlitwach. Wiara św. uczy o "świętych obcowaniu" o tej tajemniczej łączności między tymi, którzy zeszli z tego świata, a tymi, którzy pozostają na ziemi. O ile dane mi będzie osiągnąć szczęście nieba, będziecie mieli u tronu Bożego wiernego orędownika. Żegnam was, ukochani, naszym chrześcijańskim pozdrowieniem: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus ! Zostańcie z Bogiem !
[...]
Kapłan z sercem na dłoni
Ziemię Krzywińską obiegła wiadomość: Nie żyje ksiądz Franciszek... I pierwsze słowa niedowierzania: "przecież dziś rano odprawiał mszę Świętą", "przecież spacerował dziś po Jerce", "przecież parę godzin temu z nami rozmawiał, przecież jeszcze był u nas w domu"
Było wiele, wiele pytań. Okazało się jednak, że to co było tak nieprawdopodobne, stało się rzeczywistością. Księdza kanonika Franciszka Graszyńskiego nie było już pomiędzy nami. Wszystko stało się już inne... Odszedł człowiek naprawdę nam bliski.
27 grudnia w Jerce odprawiona została msza żałobna w intencji zmarłego. Swego kochanego księdza Franciszka żegnała nie tylko wspólnota parafialna z Jerki. Przybyli gromadnie mieszkańcy sąsiednich parafii oraz innych zakątków. Po skończeniu mszy św. kapłani odprowadzili trumnę ze zwłokami ks. Franciszka do samochodu. Trzy dzwony swoimi głośnymi uderzeniami serc obwieszczały, że oto nadszedł czas ostatniego pożegnania. Łzy pojawiły się same cisnęły się do oczu. Ciało odwieziono do kościoła w Rąbiniu. Ostatnią wolą zmarłego kapłana było spocząć na cmentarzu rąbińskim, przy boku swej matki. Następnego dnia, na pogrzeb przybyły tłumy... w kondukcie podążali parafianie, pielgrzymi, przyjaciele ... ci wszyscy, których spotkał na swej kapłańskiej drodze chociaż przez chwilę ...
Jakim starał się być człowiekiem i kapłanem, że w dniu pogrzebu za jego trumną szły rzesze ludzi? wszyscy szli z wdzięcznością, aby oddać hołd miłosiernej miłości. Jak wielu pociągnął za sobą przykładem własnego życia, jak wielu obdarował dobrem!
Ks. Franciszek wszystkich traktował jak dobry, kochający, ale wymagający ojciec, który w każdym swoim dziecku potrafił dostrzec każde najmniejsze nawet dobro. Zauważał też zło, nazywał je po imieniu i prostował starannie nasze ścieżki.
"Kapłan z sercem na dłoni" - tak określano księdza Franciszka. Zawsze potrafił znaleźć czas dla człowieka. Starał się pomagać w ludzkiej biedzie, doradzał, pocieszał a przede wszystkim umiał słuchać drugiego człowieka ... to takie ważne w dzisiejszym zwariowanym świecie.
Interesował się rodzinami; szczególnie sytuacją młodych małżeństw - po to by móc w każdej chwili pomóc.
Pochylał się nad każdym dzieckiem, błogosławiąc je znakiem krzyża. Dostrzegał ludzi, których często przygniatał do ziemi ciężar przeżytych lat. Wypowiadał słowa, które uwalniały od niechęci, a nawet nienawiści, przysposabiały do miłości, do gotowości zrozumienia drugiego człowieka. Były to słowa, które budowały, słowa, które często podnosiły innego człowieka z ... rynsztoka. Wiedział doskonale, że odnalezienie w człowieku pokładów dobra może przyczynić się do tego, że stanie się on lepszy.
Nie mając własnego domu, ani mieszkania miał w sobie ksiądz Franciszek, zakorzenioną idee domu, jako nieustannej okazji do dawania, obdarowywania innych. Jego solidny fundament stanowiły: ład wewnętrzny, bardzo klarowna hierarchia wartości, pogoda ducha. Zawsze z uśmiechem otwierał drzwi, aby zaprosić do mieszkania. Chciał, aby mieszkanie było otwarte, pełne ludzi, nawet wtedy, kiedy czuł się źle ... każdy gość odczuwał ciepłe: "dobrze że jesteś"...
[...]
Nasze wspomnienia o księdzu Franciszku Graszyńskim
Jechaliśmy na naszą pierwszą oazę do Krzywinia, nie wiedząc co nas czeka z przeświadczeniem, że będzie to wypoczynek z Bogiem. Gdy zajechaliśmy z cała rodziną, na progu probostwa witał nas ksiądz, który sprawiał wrażenie jakby nas już od dawna znał. Jego uśmiech i dobroć nas urzekły. Pomagał w załatwianiu wszystkich formalności i był naszym przewodnikiem. Potem dowiedzieliśmy się, że to proboszcz parafii. Szokiem dla nas było, że te "wczasy" mają swe zakwaterowanie u rodzin, nam przypadła Czerwona Wieś. Będąc na miejscu z bagażami stanęliśmy na progu domostwa z sercem pełnym obaw. Jakież było nasze zdumienie gdy gospodarz, otwierając nam drzwi rzekł: Gość w dom, Bóg w dom". Radość wypełniła nasze serca i odetchnęliśmy z ulgą, że to "sami swoi".
Codziennie dojeżdżaliśmy do Krzywinia na ranną Eucharystię i dalsze zajęcia. Tam też codziennie był obecny ks. Franciszek, jak zwykle radosny i przyjazny. Zawsze służył radą. Był prostolinijny i wyrozumiały, wzbudzał zaufanie i potrafił słuchać. Był także obecny na pogodnych wieczorach, jego obecność sprawiała wrażenie, że chce być z nami w smutku i radości. Nigdy nie zapomnimy jak to nas zaskoczył ks. Franciszek swoim zachowaniem. Na początku oazy była pielgrzymka piesza do Lubinia, do klasztoru ojców Benedyktynów. Utrudzeni upałem, przybywając na miejsce, w cieniu drzew sadu benedyktyńskiego spożywaliśmy posiłek. Nagle patrzymy, a na rowerze przyjechał mało nam jeszcze znany kapłan z koszykiem na kierownicy i zaczął obdarowywać nas czereśniami. Nieopisana była nasza radość, gdyż to serce które włożył ks. Franciszek w trud pokonania drogi i sama inicjatywa były czymś niesamowitym. Czereśnie te smakowały nadzwyczajnie po trudach i upale jaki panował.
Następne spotkanie z ks. Franciszkiem było też na oazie w Cichowie. Przyjeżdżał służyć swoją wiedzą i posługą kapłańską, choć był dopiero po operacji. Nigdy nie potrafił odmówić pomocy. W 50 rocznicę Jego kapłaństwa wybraliśmy się wraz z dwoma parami z kościańskich kręgów do Jerki, gdzie był rezydentem-emerytem. Nie spodziewał się naszej wizyty, ale sprawiła mu ona wiele radości. Choć już zdrowie nie dopisywało, ale uśmiech panował zawsze na jego ustach. W Jego domu czuliśmy się jakby to On był naszym ojcem, udzielał nam swoich rad i otaczał swoją opieką. Pytał o nasz ruch, wspominał i mówił, że to co robił to nic takiego.
Zawsze był księdzem, którego posłaniem było nieść miłość tam, gdzie jej brak. Sam potrafił dzielić się swoją wielką miłością do drugiego człowieka w którym widział Chrystusa. W swoim posługiwaniu cechowała Go wielka prostota i skromność. Nigdy nie zapomnimy śp. księdza Franciszka, tych którzy Go znali, prosimy o modlitwę za Niego, a On w zamian obiecywał w swoim testamencie że: "o ile dane mi będzie osiągnąć szczęście nieba, będziecie mieli u tronu Bożego wiernego orędownika".
| proboszczowie |